KLEJNOTY - fragment
Włodzimierz Perzyński
KLEJNOTY
Powieść
— Z godzinę. Chciałem prosić, żeby pan przyjechał do nas na noc, jeśli można. Ja muszę dziś zostać w Warszawie, a boję się, że pannie Kasi będzie samej markotno. No i zresztą, niebezpiecznie. Niech pan sobie wyobrazi, co za gratka nam się zdarzyła. Mam krewnego, któremu kiedyś pożyczyłem trochę pieniędzy. Po wojnie obaj znaleźliśmy się na bruku, i nie myślałem już o tym długu nawet. Tymczasem on się dorobił majątku i jest dzisiaj bogatym człowiekiem.
— I odda panu — ucieszył się Wiśniewski.
— Odda. Sam się do mnie zgłosił. Nie wiem dokładnie, ile tom wypadnie, ale myślę, że będzie około trzech tysięcy złotych. Cieszyłem się, że nam to ulży, ale oczywiście już mam z panną Kasią awanturę. Powiada, że nie da mi ani grosza ruszyć i że muszę te pieniądze złożyć w banku. No, pomówimy o tem jeszcze. Niech mi pan pomoże ją przekonać.
— Czyż mnie panna Kasia usłucha?
— Jak zaczniemy we dwóch do jej rozsądku szturmować, to może ustąpi. Przecież jak się chce mieć zysk z takiej habendy, to trzeba coś w nią włożyć. Sama praca nie wystarczy. I zresztą ja nie moge pozwolić, żeby ona się tak zapracowywała.
— Tak — potwierdził z przejęciem Wiśniewski. — Panna Kasia stanowczo za dużo pracuje.
Węgrzyńskiego te słowa uraziły trochę widocznie. Dopatrzył się w nich jakby wyrzutu, skierowanego do siebie. A zresztą, wogóle nie przyznawał Wiśniewskiemu prawa do robienia jakichkolwiek uwag.
— Nikt panny Kasi do pracy nie zmusza — odezwał się zimno.
— Ja wiem.
— Ja muszę na noc zostać w Warszawie, bo z moim kuzynem zobaczę się dopiero koło jedenastej. Mam z nim różne rzeczy do obgadania i zejdzie nam czas do jakiejś drugiej, trzeciej. Jak się tylko rozwidni, to wrócę.
— Niech się pan nie obawia. Dotąd zostanę, dopóki pan nie przyjedzie.
Węgrzyński uśmiechnął się ironicznie.
— Niech się pan nie cieszy. Ja się nie spóźnię.
Wiśniewski popędził na górę po palto. Spieszył się tak, że mu wszystko z rąk leciało. Umył się, włożył czysty kołnierzyk, nie mając już czasu na robienie papierosów, owinął gilzy i tytoń w papier i wsunął do kieszeni. Głowę miał zaprzątniętą tylko jedną myślą, czy znajdzie jeszcze jaką kwiaciarnię otwartą. Niestety, dochodziła już ósma. Darować sobie nie mógł, że tyle czasu zmarnował. Kiedy wybiegł przed bramę, nietylko nie poczuł mrozu, ale zdawało mu się, że upał panuje na dworze. Naprzeciwko przystanku tramwajowego był sklep z kwiatami, i przez nawpół zamarznięte szyby dostrzegł, że jeszcze nie zgaszono światła. Wbiegł w bramę, żeby się dostać do sklepu od tyłu. Wybrał różowy, nawpół rozkwitły hiacynt i kazał go opakować w jak najgrubszy papier.
— Nie zmarznie? — dopytywał się niespokojnie.
— To zależy. Jak niedaleko, to nie zmarznie. Wiśniewski ściągnął z szyi gruby, wełniany szalik
i podał go właścicielce.
— Niech mi pani jeszcze w to owinie.
— A na jaką ulicę pan idzie? — zdziwiła się, widząc pierwszy raz, żeby ktoś poświęcał szyję dla kwiatów.
— Wszystko jedno. Niech pani owija, bo nie mam czasu!
Tramwaj wlókł się powoli, jakoś dłużej niż zwykle zatrzymywał na przystankach i, nim dojechali do krańcowej stacji na końcu Pragi, Wiśniewski był już zupełnie skostniały. Nie zjadł w domu kolacji i teraz głód zwiększał w nim uczucie zimna. W dodatku przez pośpiech zapomniał jednej rękawiczki. Ale nie myślał wcale o sobie, tylko o hiacyncie. Ponieważ, mimo szalika, wydało mu się, że kwiat był bardzo niedostatecznie zabezpieczony, więc rozchylił palto i przytulił go do siebie. Z tego powodu jednak nie mógł zapiąć guzików i musiał przytrzymywać poły ręką.
Uszedłszy kilkaset kroków od linji tramwajowej, znalazł się w głuchej, zamarłej pustce. Powietrze było aż szkliste, z czarnej otchłani nieba gwiazdy patrzyły bezlitośnie i okrutnie. Tak znał drogę, że mógł iść z zamkniętemi oczami. Minął opustoszały budynek fabryczny, za którym skręcało się z szosy wbok, i pobrnął wyboistą polną drogą. Z wynioślejszych zagonów wiatr poodmuchiwał śnieg, i tu i ówdzie po obu stronach ciągnęły się długie, czarne łysy. Kwiat przeszkadzał Wiśniewskiemu zachowywać równowagę, co chwila nogi ślizgały mu się na śniegu i potykał się o jakieś grudy. Wreszcie musiał się zatrzymać. Przytrzymując doniczkę jedną ręką, drugą zaczął gwałtownie rozcierać sobie nos i uszy, ale miał tak zgrubiałe palce, że już zatracał zmysł dotyku. Obejrzał się poza siebie i zobaczył szereg złotych punkcików. Były to latarnie przy przystanku tramwajowym. Wydały mu się za bliskie i złość go zdjęła, że tak wolno szedł. Przyśpieszył kroku, ale zaraz tak się potknął na wyślizganej koleinie, że o mało nie upadł. Zacisnął zęby i już nie starał się śpieszyć. Co pewien czas przystawał i oddychał głęboko. Zawsze już bliżej
— pocieszał się w myśli. I nie odczuwał ani zimna, ani zmęczenia.
Wreszcie na sinem tle śniegu zobaczył czarną masę. Był to dom Węgrzyńskiego. Już prawie nie mógł ręki podnieść, żeby zakołatać do drzwi.
— To ja! To ja! — krzyczał, z trudem poruszając zgrabiałemi wargami. Słyszał wściekłe szczekanie Reksa i bał się, żeby się Kasia nie przestraszyła.
— Nie, doprawdy, wam obu piątej klepki brakuje!
